SUDAZ – Twoje oczy mówią wszystko

SUDAZ – Twoje oczy mówią wszystko

  1. Uciekaj, tato!

Zaczęło się od tej wielkiej szklanej powłoki okrywającej naszą wioskę Gravidos. Mówili nam, że to powinno ochronić nasze życia i domy przez zbliżającym się kataklizmem. Ponoć niebo przybrało inną barwę, niż dotychczas, co mogło wróżyć nastanie złych czasów. Warstwa ozonowa uległa całkowitej degradacji, co przyczyniło się do śmierci wielu zwierząt i mogło nieść śmierć także dla nas. W glebie pojawiły się toksyczne substancje, które w zastraszającym tempie powiększały teren martwych żniw. Wszystkiemu winny był arszenom, który zalęgł się w zwierzętach i glebach, bezlitośnie zabijając życie, które nas otaczało. Ponoć jego działanie potrafiło uśmiercić ludzki organizm w kilka chwil. Najpierw paraliżowało każdą komórkę, a potem zagnieżdżało się w płucach, sercu i mózgu, niszcząc wszystko, co spotkało na swojej drodze. To było coś, co zjadało nas od środka. Siliło się naszą energią, mięśniami i krwią. A kiedy żywiciel umierał – arszenom zmieniał swojego „darczyńcę”.

Szklana powłoka oficjalnie nazywała się ciałem szklistym, jednak każdy nazywał ją potocznie „szklanką”, „butelką” czy „szklarnią”. Sięgała jednak kilka metrów w głąb ziemi, dzięki czemu mogliśmy żyć spokojnie aż do momentu, kiedy to wszystko się skończy. Mówili nam, że w okolicy każda wioska jest poddawana takiej kwarantannie. Mówili nam, że zależy im na przetrwaniu ludzkości w dobie ciężkich czasów, jakie nastały. Że musimy przetrwać choćby ostatkiem sił i że nie możemy się poddać.

Moja jedenastoletnia rączka dotykała szklanej powłoki z czułością, jakby był to prawdziwy cud natury, dzieło stworzone nie przez człowieka, lecz przez jakieś bóstwo lub samego Stwórcę. Szklista zapora pozwalała mi się przeglądać w jej odbiciu i stroić głupie miny. Wyobrażałam sobie, że tam – na zewnątrz – czekają na mnie prawdziwe przygody, które kiedyś niespodziewanie wnikną w mój świat. Mocno wierzyłam, że ja – jako jedyna z wioski – przejdę niepostrzeżenie przez tą grubą szybę i pójdę na spotkanie z tym, co ofiaruje mi las. Ktoś wyzwoli mnie z tej „klatki”, a potem pokaże nowy, piękniejszy i ciekawszy świat. Ktoś ochroni mnie przed szeptami wokoło i sprawi, że nie będę słyszała żadnego złowrogiego słowa padającego z ust mieszkańców lub z radioodbiornika.

Nie chciałam słyszeć niczego, co zwiastowałoby nadchodzącą katastrofę. W szeptach mieszkańców kumulowało się zbyt dużo trwogi, wątpliwości i najmroczniejszych scenariuszy. A ja, jako jedna z nielicznych, ciągle wierzyłam w to, że będzie dobrze. Bo niby dlaczego akurat w chwili, kiedy ledwo co skończyłam jedenaście lat, ktoś lub coś miałoby odbierać mi życie? Dlaczego komukolwiek zależałoby na tym, by mnie więzić tu w nieskończoność? To kiedyś musiało ulec zmianie, a wtedy nikt nawet nie będzie pamiętać, że Gravidos był kiedyś schowany pod kloszem i wykluczony z koegzystencji z innymi społecznościami.

Wychodziłam z założenia, że aby móc bez wahania spojrzeć w przyszłość, trzeba wierzyć. Z jednej strony pomagał mi w tym mój beztroski wiek, a z drugiej charakter niepoprawnej optymistki, który odziedziczyłam po ojcu. Późniejsze wydarzenia sprawiły, że mój optymizm na długo opuścił najodleglejsze zakamarki mojej duszy.

W wiosce był ktoś, kto panował nad coraz bardziej szerzącym się chaosem. To był mój tata, wybrany spośród setek mieszkańców Gravidosu na przywódcę. Pamiętam dokładnie jego stanowczy chód i charyzmatyczne spojrzenie. Pamiętam moje mieszane uczucia w stosunku do jego osoby – lęk pomieszany z zachwytem, dwie zupełnie inne perspektywy widzenia jego postaci. Każdym zmysłem pragnęłam znaleźć się blisko niego, być w jego zasięgu, czuć jego obecność. On jednak zawsze zwracał się ze swoimi przemówieniami i rozkazami wyłącznie do dorosłych. To ich uspokajał i zapewniał, że sprawa z ciałem szklistym szybko się wyjaśni. Był jedyną gwarancją tego, że to wszystko się skończy i tym samym uzbrajał wszystkich dorosłych mieszkańców w cierpliwość. Tylko dzięki niemu nie doszło do zamieszek wśród społeczności coraz bardziej rozdrażnionej zamknięciem, brakiem pożywienia i jakichkolwiek perspektyw.

Uspokajał wszystkich, za wyjątkiem mnie. Przyczyną tego była przede wszystkim jego obojętność. Ta mała dziewczynka, którą byłam w tamtym okresie, nagle przestała mieć dla niego większe znaczenie. Traktował mnie jak powietrze, mimo iż na wszystkie możliwe sposoby pragnęłam mu przypomnieć, że jestem tuż obok niego. Mnóstwo moich starań opierało się na robieniu jeszcze większego chaosu – to uprałam ojcu mundur, myląc proszek do prania z jakimś granulowanym detergentem, to pobazgrałam ściany w sobie tylko znanym języku, to schowałam swojego pupila – myszkę Kiwi – do jego kapelusza, by się z nią choć chwilę pobawił. Każde staranie zbliżenia się do ojca tylko oddalało mnie od niego. O czym zresztą tata wyrażał się jasno i dosadnie, okazując swoją dezaprobatę i karcąc mnie przy każdej nadarzającej się okazji. Choć ciągle wydawało mi się, że robię dobrze, przypominając mu o istnieniu jego jedynego dziecka, to z perspektywy taty wyglądało to na oznakę mojego coraz większego rozkapryszenia. Można powiedzieć, że przeżywałam coś na zasadzie głośnego, długotrwałego i dosadnego krzyku o pomoc i zauważenie.

- Lauro, choć raz pozwól mi przyjść do domu, w którym nie czeka na mnie niespodzianka! Zrozum wreszcie, że mam ręce pełne roboty. Nie możesz mi jeszcze bardziej utrudniać wykonywania powierzonych mi zadań!

To były ostatnie słowa ojca zwrócone do mnie. Po moim wyczynie finałowym, czyli próbie ugotowania obiadu, która skończyła się spaleniem zasłony i zalaniem całej kuchni, miarka się przebrała. Ojciec oddał mnie pod opiekę samotnych gospodyń, które trzymały w rydzach gromadkę innych niesfornych dzieciaków. Od tej chwili przestałam mieszkać w swoim domu i przeprowadziłam się z kilkoma zabawkami i ubraniami do niewielkiej chatki gospodyń. Gdy mężczyźni omawiali ważne kwestie strategiczne, one opiekowały się nami i dawały nam jeść. A właściwie to, co zostało do jedzenia, czyli najczęściej ziemniaki albo chleb z wodą.

Zapasy zaczynały się kończyć. Głód zamykał usta ludziom, którzy najbardziej buntowali się wobec zaistniałej sytuacji. Na każdym kroku dawało się odczuć rezygnację mieszkańców, lecz to był dopiero początek kłopotów.

***

Szklarnia ukrywała nas przed światem zewnętrznym. Albo mówiąc językiem głosów, które słyszeliśmy przez radioodbiornik – chroniła nas przed nim. W środku zbierało się dużo ciepła. Zdecydowanie za dużo, jak na nasze organizmy niedostosowane do takich upałów. Temperatura nie schodziła poniżej 30 stopni Celsjusza.

- To tylko okres przejściowy. Pracujemy nad tym, byście wkrótce mogli zaczerpnąć świeżego, leśnego, nieskażonego powietrza – tłumaczyli od początku izolacji w radiu – lasy wokół waszej wioski są skażone, przez co leśna zwierzyna jest na wymarciu. Zaraza się szerzy, arszenom trawi coraz więcej terenów… Dlatego najbezpieczniej będzie jak niezwłocznie rozstrzelacie bydło i inną zwierzynę, dziką oraz domową.

Przed tym rozkazem udało mi się uchronić moją mysz Kiwi, z pomocą której chciałam zrobić psikus tacie, wkładając ją do jego kapelusza. Potem żałowałam swojego postępku, bo tata zabrał Kiwi i już nigdy jej nie zobaczyłam. Bez niej mój świat był jeszcze bardziej pusty i samotny.

Głos z radioodbiornika zapewniał, że mieszkańcom Gravidosu nie stanie się krzywda, jeśli tylko przetrwamy pod tą ogromną „szklanką” i będziemy posłuszni rozkazom. Trudno było jednak żyć w uwięzieniu i być zadowolonym z takiego obrotu sytuacji. Mój tata jednak przestrzegał rozporządzeń i wypełniał sumiennie rozkazy. Ludzie mu wierzyli, widzieli w nim swojego wybawiciela i jedyną nadzieję – przywódca nie działałby przecież na niekorzyść swoich poddanych. Był najmądrzejszy z wioski i zawsze wiedział, jak postąpić. Oprócz kliku niedowiarków, ludzie traktowali go jako wzór do naśladowania i godnego swojej pozycji wodza.

A my, dzieci? Jakoś potrafiliśmy znaleźć czas na wypełnienie tych wlekących się w nieskończoność dni. Stodoła z niewyobrażalną ilością słomy spełniała dla nas funkcję bazy, w której bawiliśmy się godzinami, ukrywając się to przed samym sobą, to przed dorosłymi. Brakowało nam tylko prawdziwego odżywczego pożywienia, ale i do tego dało się przywyknąć.

Kiedy zostałam odesłana do domu gospodyń, doskonale zdawałam sobie sprawę, że zawiniłam i przez kilka tygodni chodziłam ze spuszczonym nosem na kwintę. Bawiłam się, kiedy był czas na zabawę, chodziłam na posiłki o wyznaczonych porach, nie brałam do rąk rzeczy nienależących do mnie. Idealne dziecko, pokornie dostosowujące się do rozkładu dnia. Byłam posłuszna i grzeczna, ale w głębi duszy bardzo przygnębiona. Czułam się nieodwracalnie zraniona przez tatę, odtrącona i nikomu niepotrzebna. Często płakałam pod kołdrą, lecz tylko w chwili samotnej kontemplacji, dając wtedy upust swoim emocjom.

Nie trwało to jednak długo, ponieważ moja wiecznie niezaspokojona natura pragnęła prawdziwej przygody. Z całych sił chciałam poznać więcej, niż moi rówieśnicy. O niczym tak nie marzłam, jak o wyjściu z tej szklanej powłoki, w której czułam, że się powoli zaczynam dusić. Musiałam poznać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Skąd tak naprawdę wzięła się ta powłoka, czemu ona służy i ile to jeszcze będzie trwać? W jaki sposób odgradza nas od arszenomu, który już zmiótł z powierzchni ziemi niejedno ludzkie życie? Koniecznie chciałam poznać prawdę i tęskniłam za chwilami spędzonymi w pobliskich lasach, za sielankowymi dniami, podczas których czułam tylko wolność i beztroskę. Czekałam cierpliwie na odpowiedni moment, aby wyrwać się ze szponów gospodyń, które wiecznie świdrowały nas przenikliwym wzrokiem. Ten wzrok… Z nim coś było nie tak.

Gospodyń było trzy, nas dziesięciu. Gdy jedna gotowała, druga i trzecia miała nas na oku. Ucieczka spod ich skrzydeł musiała być niezwykle spektakularnym wyczynem. Tym bardziej, że nikt z moich towarzyszy nie miał na to najmniejszej ochoty po tym, jak najbardziej niefrasobliwy dzieciak Wiktor zwiał na oczach wszystkich trzech kobiet. Potem sprały go przy nas na kwaśne jabłko, nic sobie nie robiąc z naszych protestów. Mówiły, że mamy chłonąć wzrokiem ten widok, aby już nikomu nie przyszło do głowy uciekać. Moje nadzieje na moment zgasły, jednak dzięki temu wydarzeniu stałam się mądrzejsza o bardzo ważną informację – należy cierpliwie czekać na najlepszą okazję do ucieczki.

Monotonia rutynowych dni, w których wszystko było takie samo, pozwoliła mi dokładnie opracować plan. Gdy dwie gospodynie kładły się spać, jedna czuwała nad nami, nie zmrużając przy tym oka. Nad ranem jednak gospodynie zamieniały się wartą. Wtedy ta, która miała akurat dyżur, wychodziła z naszego pokoju, by obudzić swoją następczynie. To było pięć minut, w których mogło wydarzyć się wszystko. To był ten moment.

Poranek mojej ucieczki, jakieś pięć tygodni po oddaniu mnie w ręce tych starych bab, był dżdżysty, deszczowy, a na dokładkę wiał porywisty wiatr. Przygotowałam się jednak na taką ewentualność, chowając pod pierzyną najcieplejsze ubranie, jakie miałam – grubą bluzę z kapturem, czapkę z pomponem, dwie pary skarpetek, dziurawe buty, które kiedyś były całkiem dobre (zaczęłam z nich wyrastać, ale przez odcięcie od świata nie mogliśmy sobie pozwolić na nowe ubrania), stare spodnie ocieplane od wewnątrz, z kieszeniami wypchanymi chustami, którymi mogłam okryć szyję.

Gospodyni wstała ze swojego fotela tak, jak zwykle – o 3.45 – i powolnym, sennym krokiem odeszła w stronę drzwi drugiej izby. To była moja chwila prawdy! Wszystkie dzieci za wyjątkiem mnie spały. Podejrzewałam, że niektórym z nich śniło się coś bardzo strasznego – widziałam to po ruchu ich gałek ocznych, a inne odpływały w słodki błogostan. Spojrzałam na nie i ironicznie pokiwałam głową, śmiejąc się w duchu z ich naiwności. Z ich dziecięcej niewinności, którą – jak przeczuwałam – mogły wkrótce utracić. Nigdzie się im nie spieszyło, doskonale odpowiadał im ten stan pasywności i niewiedzy. „Przyzwyczaiły się zbyt szybko do zmiany” – tak podpowiadała mi moja własna dziecięca logika.

Włożenie ubrania zajęło mi niecałe dwie minuty. Podczas wcześniejszych poranków dokładnie opracowałam ubieranie się na czas, by w chwili ucieczki być uciekinierką z krwi i kości, najszybszym i najlepszym zbiegiem. Miałam tylko jakieś trzy minuty na zabranie kluczy leżących na stole przy fotelu gospodyni, otworzenie drzwi wejściowych i wybiegnięcie z izby. Zabrałam najszybciej jak się dało pęk kluczy i zaczęłam sprawdzać wszystkie po kolei, by dowiedzieć się, który z nich pasował do zamka w drzwiach. Z niepokojem naciskałam na klamkę przy każdym podejściu. Rozglądałam się na boki, licząc na to, że w pomieszczeniu nikt mnie nie obserwuje. Błagałam w myślach, by ostatni sprawdzany klucz okazał się strzałem w dziesiątkę. I w końcu rozżalona doszłam do wniosku, że żaden z nich nie pasował…

Byłam załamana, lecz zdobyłam się w sobie na to, by odstawić klucze z powrotem na stół, pobiec do mojego łóżka i wtulić się w poduszkę. Nie mogłam powstrzymać łez, które napływały mi do oczu. Zrezygnowana pogrążyłam się w rozpaczy i przekonaniu, że jedyna szansa na ucieczkę minęła bezpowrotnie. Zamknęłam mokre od łez oczy i schowałam się po same uszy pod pierzyną. Dokładnie w tym momencie zjawiła się w izbie druga gospodyni.

***

- Laura, obudź się! Dziewczyno, wiesz która jest godzina? Jeżeli zaraz nie wstaniesz,

to możesz tego gorzko pożałować.

Następnego dnia, po mojej nieudanej próbie ucieczki, zaspałam na śniadanie. Było to do przewidzenia, biorąc pod uwagę fakt, że przez całą noc ani na chwilę nie zmrużyłam oka. Już dawno powinnam być po porannej toalecie i siedzieć teraz grzecznie na śniadaniu z innymi dzieciakami. Ale nie mogłam wstać, leżałam jak sparaliżowana pod pierzyną, grając na zwłokę i modląc się, by nachalne babsko zostawiło mnie w spokoju. Wiedziałam przecież, że nie mam na sobie pidżamy, tylko ubranie „wyjściowe” dla zbiega. Gdyby gospodyni zobaczyła te łachmany, na pewno nie uszedłby mi ten występek na sucho. Dotarło do mnie dobitnie, że mój plan zawiódł, a moja ucieczka się nie udała. Poległam, a teraz na dodatek ta wredna baba spierze mnie tak, że zapamiętam to do końca życia. „Tato, gdzie jesteś? Dlaczego cię nie ma wtedy, kiedy najbardziej cię potrzebuję? Uratuj mnie przed nienawiścią tej kobiety!” – krzyczałam w myślach, doskonale wiedząc, że moje wołania na nic nie dadzą.

Gospodyni zaczęła być coraz bardziej rozdrażniona moim bezruchem i milczeniem. Zdarła ze mnie z wielką mocą pierzynę i aż zaniemówiła z wrażenia. Sądząc po jej minie, pewnie zauważyła, że ubrania, które miałam na sobie nie były pidżamą, tylko strojem uciekiniera. A to oznaczało, że już po mnie… Wpatrywałam się w nią przerażonymi oczami. Gospodyni milczała przez dłuższą chwilę, a ja psychicznie przygotowywałam się już do wielkich krzyków i bolesnych klapsów. Ona jednak nie zaczęła krzyczeć, nie zaczęła mnie także bić. Patrzyła się tylko wściekle prosto w moje oczy, a po pewnym czasie pomaszerowała zamaszystym krokiem do swojej izby. Byłam przekonana, że zrobiła to, by omówić z drugą gospodynią rodzaj kary, jaki mają dla mnie wybrać. Ból Wiktora będzie niczym przy moich nieuchronnie zbliżających się katuszach. A co, jeśli powiedzą tacie? Nie mogły tego zrobić, nie w takim momencie! Wtedy już na pewno bezpowrotnie bym go utraciła, a ja przecież chciałam tylko być blisko niego, słuchać jego przemówień, brać czynny udział w naradach, stanąć na równi z dorosłymi…

Nie wracała przez dłużące się w nieskończoność dziesięć minut. Słyszałam, jak unosiła swój piskliwy głos i pełna przejęcia tłumaczyła coś, czego nie mogłam do końca zrozumieć. Mówiła o „ciekawym przypadku”, o „odmienności” i o „niedopasowaniu do reszty”. Miałam wrażenie, że to ona była bardziej wystraszona ode mnie. Po wypływie jej frustracji, ta druga zaczęła szeptać coś tak cicho, że nie byłam w stanie jej zrozumieć. Nie pojmowałam tej sytuacji. Co tu było do omówienia, przecież karę rozsądzić można w bardzo łatwy sposób, czemu się nad tym głowią i dyskutują w nieskończoność? Chciałam, żeby było już po wszystkim. Trwając tak w niepewności, nabrałam większego zdecydowania i pogodziłam się ze swoim losem, choć nadal bałam się znieść z pokorą czekającą na mnie karę.

Kobiety weszły do izby sypialnianej i zaczęły przyglądać mi się badawczo. Świdrowały wzrokiem całą moją postać. Od góry do dołu czułam jak przeszywa mnie ich wzrok. To była chyba gorsza kara, niż ta, którą dostał Wiktor. Lustrowanie z każdej strony i niewiedza, czego te kobiety ode mnie chciały, były potwornym uczuciem. Nie wiedząc już czy z mojego lęku, czy może przez gorączkę (gdzie mogłam ją zdobyć, nawet nie wychodząc z izby?), miałam wrażenie, że ich oczy są tak czerwone z gniewu, że widać w nich krew, którą mogłam tylko wyobraźnią przenieść na moje plecy pokiereszowane przez gospodynie za to, co zrobiłam. Spuściłam wzrok, bo nie mogłam już dłużej znieść tej ich rewizji, tego wtargnięcia w moją prywatność. Czułam się jakbym była obdarta z intymności, choć żadna z nich nawet nie kazała mi zdjąć łachmanów, które włożyłam, planując ucieczkę. Zaczęłam się zastanawiać, co jest nie tak. Może one są tak głupie, że nie domyśliły się mojego zamiaru? Może myślą, że ktoś się wkradł w nocy i sam mnie ubrał w te brudne rzeczy? Miałam kompletny mętlik w głowie.

W końcu jedna z nich odezwała się:

- Zafiro, mówisz prawdę. Ale to jest niemożliwe i niedorzeczne. Przecież to każdy… Przecież już czas… – powiedziała gospodyni o siwych włosach, której imienia nie pamiętałam. Zawahała się, zaczęła kręcić głową i nie mogła wycedzić przez usta końcówki zdania.

- Mówiłam ci. Ona jest inna.

- Może to za wcześnie, żeby stwierdzać, że jest inna. A ojciec?

- Jest taki, jak my. Wszyscy już przeszli zmianę, oprócz niej.

- Więc, jeśli to nie więzy krwi, to dlaczego…? – kobieta zaczęła się rozglądać nieporadnym wzrokiem po całym pokoju. Jej oczy badały każdy przedmiot, począwszy od starej żarówki zawieszonej na samym środku niskiego sufitu, a skończywszy na skrzypiącej podłodze z dziurami, które zrobiły w drewnie termity. Po tym „obchodzie”, jakby zmieniła się nie do poznania i powiedziała stanowczym głosem do tej drugiej – Wezwij tu wszystkie dzieciaki. Ja z nią zostanę.

Zostałam sama z gospodynią o najbardziej srogim wyglądzie, siwych włosach i masywnej sylwetce. Patrzyła nieobecnym wzrokiem przez otwarte okno, bacznie obserwując kołyszące się na wietrze liście. Nie wiedziałam czy mam usiąść, czy może już iść się przebrać i zasiąść spóźniona do tego, co zostało ze śniadania. W brzuchu zaczęło mi burczeć. Głosy wydobywające się z mojego żołądka, jakby obudziły ją z transu. Wtedy spojrzała się na mnie z ukosa, po czym zapytała:

- Nie udało ci się uciec, prawda?

- Nie… przepani – czułam jak język staje mi w gardle.

- Tak właśnie myślałam. Byłyśmy przygotowane na taką ewentualność, wiedziałyśmy, że szukasz okazji, by stąd zwiać. – wstała i wolnym krokiem ruszyła w moją stronę – Ale powiedz mi, Lauro, gdzie byś miała uciec? Przecież ciała szklistego nie przeskoczysz, ani się przez niego nie przebijesz, czyż nie…?

- Chciałam tylko zobaczyć tatę. – w końcu nabrałam pewności, bo to byłą przecież szczera prawda. Mówiłam całą prawdę jak na spowiedzi, chciałam jej to wykrzyczeć, by wreszcie zostawiła mnie w spokoju i skończyła z tym przesłuchaniem.

- Dobrze wiesz, że tata nie ma czasu na zabawy z dzieckiem. Jest teraz bardzo zajęty. Wszystko spoczywa na jego barkach, obowiązków mu wcale nie ubywa, a wręcz przeciwnie. – przysiadła na krześle stojącym naprzeciwko mnie i znowu świdrowała mnie wzrokiem – Lauro, powiedz mi czy jadłaś coś, czego nie dostałaś od nas? Ktoś ci coś dał do spróbowania?

- Nie, przepani.

- Czy widziałaś kogoś za powłoką, rozmawiałaś z kimś, kiedy nas nie było w pobliżu?

- Nie, przepani.

- Czy miałaś do czynienia z jakimś zwierzęciem, po tej masakrze, która miała miejsce kilka miesięcy temu z udziałem wszelkiej zwierzyny zamieszkującej nasze tereny?

Zbiła mnie z tropu. Owszem, miałam… Czy mogłam jej o tym powiedzieć? Czy to nie obróci się przeciwko mnie? Nieporadnie spojrzałam na drzwi. Niech już przyjdzie ta druga gospodyni z resztą dzieciaków! Grałam na zwłokę, unikając jej wzroku. Jednak ta nie dawała za wygraną.

- Ponawiam pytanie. Lauro, czy widziałaś jakieś zwierzę w ostatnim czasie?! Odpowiedz mi, dziecko, to bardzo ważne!

- Tak… Miałam myszkę. Opiekowałam się nią, ale przez moje nieposłuszeństwo tata mi ją zabrał.

Rozpłakałam się na dobre. Myśl o Kiwim przywoływała w pamięci wspomnienia o czasach, kiedy wszystko jeszcze było łatwiejsze. Kiedy tatę miałam na wyłączność. Kiedy mogłam wychodzić pod opieką ojca poza wioskę i bawić się z nim w chowanego. A Kiwi był taką dobrą myszką, tak lubił się ze mną przekomarzać. Teraz już go nie było, tak jak zniknęły wszystkie inne zwierzęta w wiosce.

Stara kobieta kurczowo przytrzymała się krzesła i opadła na oparcie. Cały czas wpatrywała się we mnie, ale ja już przestałam na nią zwracać uwagę. Teraz moje myśli zajmowały tylko lejące się strumieniem łzy i bolące, opuchnięte oczy, do których dodatkowo przyczyniła się nieprzespana noc. Byłam taka samotna, nie potrafiłam się dogadać z dzieciakami, które nic nie przeczuwały, które były zbyt beztroskie, żeby rozumieć więcej. Przecież były w moim wieku, powinny już być bardziej dojrzałe, powinny spojrzeć na świat nie tylko przez pryzmat zabawy.

Do izby weszła druga starucha, a za nią pozostała dziewiątka dzieciaków. Wszystkie były zlęknięte, widząc mnie całą zalaną łzami. Pewnie myślały, że spotkała mnie taka sama kara, jak Wiktora za nieposłuszeństwo i próbę ucieczki. Mnie jednak spotkało coś znacznie gorszego. Pasmo wspomnień, które już nigdy nie powrócą, przewijało się przez moją wyobraźnię, przywołując w pamięci to, co minęło bezpowrotnie. Nie wiem czemu, ale byłam pewna, że ten czas już nie wróci, że zniknął na dobre. Tata wracający z siedziby starszyzny i witająca go w drzwiach słodkim pocałunkiem mama. Wokół nich dwa psy szczekające i merdające ogonem z radości, że ich pan powrócił do domu. I ja, siedząca na schodach w bezruchu. Pragnęłam zwrócić na siebie uwagę ojca już od najmłodszych lat, dlatego sama nigdy nie wychodziłam się przywitać. To on powinien zabiegać o moje względy. To na jego twarzy powinien pierwszy pojawić się uśmiech, widząc mnie, swoją córkę. Tata witał mnie w progu i szybko trafiałam w jego objęcia, udobruchana pocałunkami i słodkim podarunkiem. Kiedyś potrafiłam na nim wywrzeć ogromny wpływ. Kiedyś… Ze wspomnień wyrwał mnie głos jednej z gospodyń.

- I co, Zafiro? Tak, jak myślałyśmy?

- Dokładnie tak jak podejrzewałaś, moja droga.

- A więc, oszukał nas! Nas wszystkich oszukał!

Dzieci, łącznie ze mną, przelęknionym wzrokiem spojrzały na rozgniewane gospodynie. Jedna przed drugą wykrzykiwała niezrozumiałe dla nas wtedy słowa, jak chociażby: krętacz, oszczerca, szarlatan. Nie mogłam pojąć, o co im chodzi. Z drugiej strony z rytmu wybiły mnie dzieciaki, które patrzyły w moją stronę ze złością. Myślały zapewne, że to ja doprowadziłam te kobiety do takiej wściekłości przez swoją ucieczkę. Ale prawda była taka, że żadna z nich nie zwracała na moją ucieczkę zbyt dużej uwagi. Wydawało się, że skupione były już na czymś zupełnie innym. Wybiegły z izby, jakby były rażone piorunem, zostawiając nas kompletnie samych. Byłyśmy w szoku. Jeszcze nigdy nie zostaliśmy sami, odkąd trafiliśmy pod dach tych starych jędz.

- No, Laura, widzę, że ty potrafisz doprowadzić do furii nie tylko swojego tatę, ale nawet te wiedźmy. To nie lada wyczyn, dziewczyno. – powiedział Borys, który zawsze lubił naigrywać się z innych. Nie odezwałam się ani słowem, nie mając żadnej ochoty na podejmowanie z nim dyskusji, ani z kimkolwiek innym. W moim młodziutkim umyśle zaczęła kłębić się pewna myśl, która odgradzała mnie od ironicznych uwag Borysa.

- Daj jej spokój. Wiedziałeś przecież, że ona chce uciec. Zresztą nie tylko ona. A teraz jest świetna okazja. To jak, wiejemy? – Marika wypowiedziała dokładnie to, o czym w tym momencie pomyślałam.

Czy to możliwe, abym wreszcie miała szansę na wolność? Zostaliśmy sami, bez żadnej opieki… Poczułam swobodę, jakiej nie doznałam przez ostatnie tygodnie ani razu i nie potrafiłam pojąć mojej radości z okazji, która wreszcie się nadarzyła.

Wybiegłam na ulicę, nie oglądając się za siebie i chłonąc powietrze tak, jakbym je pierwszy raz wdychała. Wolność! Wolność! Wolność! W jednej chwili całkowicie zapomniałam o powłoce, która otaczała wioskę. Na rozmyślanie, jak ją pokonać, przyjdzie jeszcze czas. Teraz mogłam chociaż bez przeszkód poruszać się po swoim miasteczku i robić to, na co miałam ochotę! Moja radość była nie do opisania, jednak cały czas nie dawało mi spokoju dziwne zachowanie kobiet. Szybko rozwiałam jednak wątpliwości, by moje myśli zaprzątnęła tylko jedna rzecz – jak najszybsze znalezienie się w objęciach taty.

***

Biegłam przed siebie, podskakując i ciesząc się z tego, że los się w końcu do mnie uśmiechnął. Moje marzenie w końcu się spełni! Porozmawiam z tatą, wytłumaczę mu wszystko, a on to zrozumie i będę mogła być wreszcie przy nim! Muszę tylko znaleźć się jak najszybciej w naszym domu na wzgórzu wioski i mieć nadzieję, że zastanę w nim tatę.

Podskakując, mijałam domy naszych sąsiadów, w których było cicho jak makiem zasiał. Ten spokój, milczenie przyrody i mieszkańców, było wszechobecne i dziwnie niespokojne, jakby zwiastowało ciszę przed burzą. Nie wiem, czy wtedy docierał do mnie ten nietypowy objaw wymarcia wioski, która zawsze tętniła życiem i swojską radością płynącą z każdego przeżytego dnia. Tu dni bywały najczęściej głośne, skoczne i szybko płynące.  Mogłam wtedy nie do końca zdawać sobie sprawę ze zmian, które zaszły w wiejskiej egzystencji mieszkańców Gravidosu, bowiem w mojej duszy wciąż śpiewało rozanielone szczęście i krzyczało serce wyrywające się z klatki piersiowej na spotkanie z moim ojcem. Nie zwracałam uwagi na wiatr, który się nagle uspokoił i na słońce, które zaszło za chmurami. Na ludzi w oknach, którzy przyglądali się niepewnie najszczęśliwszej dziewczynce w całym miasteczku. Na szklaną zaporę uparcie odgradzającą nas od reszty świata. To było nic w porównaniu ze światem, który rósł w moim sercu. Wolnym światem, radosnym i pogodnym.

Minęłam właśnie dom starszyzny, z którego anemicznie wyłaniały się dziwne postacie. Przystanęłam niepewnie, przyglądając się smutnym, szarym mężczyznom idącym flegmatycznym krokiem. Na chwilę mnie to zaintrygowało i uciszyło moją głośną radość. Musiałam być czuja, bo co jeśli są z nimi te kobiety, które na pewno chcą mnie dorwać w swoje ręce? Schowałam się za krzakami po drugiej stronie ulicy, obserwując ich z bezpiecznej odległości. Starsi panowie wlekli się niemiłosiernie wolno na zewnątrz największego domu w miasteczku. Nigdy ich nie widziałam na własne oczy, lecz mimo to wiedziałam, kim są. To byli ci ludzie, o których tata tak często wspominał – starszyzna wioski. Widok był niesamowity: piętnastu mężczyzn chodzących o lasce, z których każdy z nich miał ramiona tak blisko ziemi, że prawie zrastał się z podłożem. Aż dziw, że ich małe nieporadne nogi mogły unieść to ciało włóczące się bezwiednie w stronę drogi. Każdy z nich miał twarz wpatrzoną w ziemię, tak jakby nie był w stanie spojrzeć naprzód i bał się, że na każdym kroku mogą spotkać go nieprzyjemności w postaci wyłaniającego się z drogi kamienia, który czekał tylko, by któryś z nich się o niego potknął.

Tuż za nimi szły trzy gospodynie. Gdy je tylko ujrzałam, serce mi zadrżało z niepokoju. Nieporadnie skryłam się głębiej za krzakami, by nie pozwolić na to, żeby zostać złapaną w chwili, kiedy w końcu mogłam zaznać choć odrobinę wolności. Nie mogłam zdemaskować swojej kryjówki, bo skończyłoby się dla mnie bardzo źle – nie dość, że uciekłam, to jeszcze zostałabym złapana na podglądaniu.

Wychylając nieco spomiędzy liści swoją głowę, mogłam dostrzec kątem oka wyraz twarzy trzech gospodyń. Miały srogie miny, zawistne spojrzenia, na ich twarzach wymalowana była władczość i triumf. Te wredne babska jeszcze gorzej wyglądały z takimi nietęgimi minami. Zaczęłam się szczerze zastanawiać, co tu się dzieje. Na chwile uspokoiłam myśli, zastanawiając się tylko nad jedną myślą – po co była ta cała szopka. Starszyzna chyba nigdy nie wychodziła ze swojego domu, a jeśli już się to zdarzyło, musiał istnieć bardzo ważny powód, dla którego ruszyli swoje stare zadki z przytulnych komnat swojej rezydencji. Kolejnym powodem do niepokoju było to, że zaraz za kobietami szły szwadrony mężczyzn ubranych w zielone mundury – każdy z nich wyglądał prawie tak samo. Różnili się jedynie nieznacznie rysami twarzy, ale każdy ubrany był w identyczny sposób. Przypomniało mi się, że tata miał kiedyś podobny strój, tylko na piersi nosił odznaki, których oni nie mieli. Na tle tej szaro-zielonej gromady odznaczały się tylko gospodynie ubrane w pstrokate suknie. Cała grupa była coraz bliżej mojej kryjówki. Zaczęłam się coraz bardziej bać o zdemaskowanie, jednak pozostałam w bezruchu i klęczałam, wpatrując się w nich jak zahipnotyzowana.

Moim uszom udawało się w końcu dosłyszeć co drugie słowo, które wypowiadali starsi panowie, prowadzący ten intrygujący korowód:

- Zafiro, Brygido, Hortensjo… Czemu nie wzięłyście tej małej ze sobą?

- Powinna wiedzieć, jakim…. Oszustem.

-… jak wystawił nas na pośmiewisko.

-…zbłaźnił nasz ród….

- Kupił naszą czujność…

Byłam zdezorientowana. Głowę bym dała, że mówią o czymś, co mnie bezpośrednio dotyczy. Tylko co ja im zrobiłam? Jak mogłam rozzłościć całą starszyznę? Do oczu znowu napłynęły mi łzy, wynikające z nieporadności i zbliżającego nie nieuchronnie czegoś złego. Nie mogłam przewidzieć czego dokładnie.

Gdy zbliżyli się do drogi, dzieliło nas zaledwie parę metrów. Wstrzymałam oddech, oczekując na dalszy przebieg zdarzeń. Czy wiedzieli, że byłam ukryta wtedy w krzakach? Nie wiem. Lecz nawet jeśli tak było, zignorowali małą dziewczynkę, która wiecznie chciała wiedzieć więcej, niż powinna.

Ruszyli drogą, nie oglądając się za siebie. Pobiegłam za nimi, licząc na to, że dowiem się po co ten cały pochód i dlaczego poruszyli mój temat. W głębi serca miałam wielką nadzieję, że przeskakując między krzakami, nikt mnie nie dostrzeże. Potrafiłam się skradać, jak mało kto i wykorzystywałam całe swoje umiejętności bezszelestnego śledzenia całej zgrai. Nie wiem tylko, czy moje starania nie poszły na marne, ponieważ wszyscy byli głęboko pochłonięci dyskusją. Nie dawała mi spokoju niewiedza, o czym tak debatowali, dlatego zbliżałam się do nich na coraz bardziej niebezpieczną odległość. Musiałam się zjawić jak najbliżej nich, byleby tylko nie pojawić się w zasięgu wzroku żadnej z gospodyń. Lecz mimo głębokiego pragnienia odkrycia prawdy, instynkt podpowiadał mi, że powinnam trzymać się na uboczu.

Szli w stronę wzgórza. Ich powolność mnie wykańczała, ale rozumiałam, że ci starsi panowie nie mieli dość sił, by iść szybciej. Gdyby nie to, że byłam zapobiegliwa,, podbiegłabym bliżej, by dowiedzieć się jak najwięcej, o tym, kto mógł „uśpić ich czujność”, jak sami to określili… Cały czas miałam wrażenie, że mówią o mnie, czułam okropne wyrzuty sumienia, chociaż nie potrafiłam sobie przypomnieć, co takiego zrobiłam źle. W tym amoku zapomniałam już nawet o ucieczce, będącej jedynym powodem, dla którego mogli być na mnie źli. Ze starszyzną nie było żartów – tyle razy słyszałam, jak ojciec to powtarzał. Ale co mogli zrobić tacy niedołężni, schorowani i starzy ludzie? Tego właśnie musiałam się dowiedzieć, cicho skradając się tuż za nimi.

W końcu udało mi się dosłyszeć pojedyncze zlepki słów:

- Zawsze wiedziałem, że coś z nim jest nie tak. Robił z siebie gwiazdę, gdy przemawiał do narodu.

- Karmił nas samymi kłamstwami!

- Przekonał nas, byśmy tu zostali zamknięci!

- Zapłaci za to!

Wspinali się na wzgórze. Co chwila do maszerującego zgromadzenia przyłączali się nowi ludzie z domostw Gravidosu. Było ich już chyba z pięćdziesięciu. Każdy ze stojących za starszyzną mężczyzn miał karabin. Od samego patrzenia na broń, zrobiło mi się słabo. Tyle znaków zapytania i żadnej odpowiedzi. O co w tym wszystkim….

I wtedy nagle przystanęli.

***

Drzwi mojego starego domu otworzyły się. Z głębi wyłonił się mój tata, zdecydowanym krokiem idąc w kierunku tłumu. Miał sińce pod oczami, które przepełniała czerwona furia. Odkąd go ostatni raz zobaczyłam, postarzał się chyba o pięć lat. Mój przystojny ojciec stał się nagle dziadkiem. Jego włosy, niegdyś czarne, w wielu miejscach zmieniły barwę na siwą, przybyło mu zmarszczek, zapuścił brodę i wąsy. Chód jednak cały czas miał taki sam – stanowczy i zamaszysty. To zdawało się świadczyć o jego wyższości nad tą całą zgrają, bo aż zaniemówili z wrażenia. Przystanął na samym szczycie wzniesienia i w milczeniu oczekiwał na dalszy bieg wydarzeń.

Po długiej chwili, pełnej oczekiwania i napięcia, odezwał się jeden z członków starszyzny:

- Bill, jak mogłeś nas oszukać?!? Wierzyliśmy ci, pokładaliśmy w tobie nadzieje, byłeś dla nas wyrocznią: przetrwamy albo zginiemy. Gdybyśmy się wcześniej dowiedzieli, że to wszystko jest gówno warte, już dawno rozwalilibyśmy tą cholerną szklarnię.

- Nie mogliście z nią nic zrobić. – odpowiedział zrezygnowanym tonem tata.

Staruszek rozmawiający z moim ojcem zamilkł na chwilę i pogrążył się w zadumie, kiwając przecząco głową. Robił przy tym skwaszoną minę, pełną konsternacji i wyrazów współczucia. Po jakiejś minucie zapytał niewiele głośniejszym tonem:

- Czy mógłbyś nam to wytłumaczyć?

Ojciec odpowiedział niemal natychmiast:

- Tu nie ma nic do tłumaczenia. Spisali nas na straty, dlatego zrobili tą mistyfikację z zatrutymi okolicami i zwierzętami, wśród których szerzył się arszenom. Nie ma żadnego arszenomu! A my mamy się tu wykończyć, bo inaczej rozniesiemy to cholerstwo po sąsiednich wioskach… To cholerstwo siedzi w nas. My jesteśmy zagrożeniem, a nie zatrute wody, lasy, zwierzęta i gleba. W nas tkwi cały problem, dla którego zamknęli nas w akwarium.

Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Niewiele jeszcze z tego rozumiałam, ale to uczucie nieuchronnie zbliżającej się katastrofy nie odstępowało mnie ani na krok.

- Dlaczego nam o tym nie powiedziałeś wcześniej, Bill? Jak mogłeś tak mocno nadszarpnąć nasze zaufanie? – powiedział ten sam mężczyzna ze starszyzny, będący prawdopodobnie przodownikiem starszych panów. Reszta tylko przysłuchiwała się w milczeniu i oczekiwała na dalszy bieg wydarzeń.

- Bo powystrzelaliby was, jak wy to zrobiliście z bydłem! Musiałem wybierać, która śmierć jest lepsza…

- I w ten sposób ty już zdążyłeś sobie wybrać rodzaj śmierci, jaką poniesiesz.

Patrzyłam na to jakby w zwolnionym tempie. Mężczyźni stojący za starszyzną wyciągnęli ręce po swoje karabiny. Wcześniej nie miałam do czynienia z żadną bronią, jednak instynktownie zdrętwiałam na całym ciele i wiedziałam, że sprzęt, jakim władali mężczyźni, nie mógł przynieść nic dobrego. Prócz instynktu w swoich przeczuciach utwierdziły mnie słowa, które przed chwilą usłyszałam. Nie było chwili do stracenia, musiałam działać.

- Tato, uciekaj!

Z mojej piersi wypłynął tak przeraźliwy wrzask, że wybiłam z rytmu chyba każdego z tłumu. Wśród zgromadzonych zapanowało zdezorientowanie. Starszyzna oglądała się w koło i niepewnie patrzyła za siebie. Żołnierze pospiesznie podnieśli jeszcze wyżej karabiny. Gospodynie patrzyły na boki zawistnym i świdrującym wzrokiem. Wiedziały, że rozpaczliwy głos należał do mnie.

Szukali mnie. A ten nagły chaos i rozkojarzenie wydawało się być dla mojego taty jedyną szansą na ucieczkę. I mimo że nie przygotowywał się do niej tak długo, jak ja u gospodyń, to nie musiał pokonywać przy tym zamkniętych drzwi. Zrozumiał, że nadeszła dla niego jedyna możliwość odwrócenia biegu sytuacji. Spojrzał na mnie pospiesznie, a ja kiwnęłam głową, wiedząc dokładnie, co robię i przyjmując na siebie całą zawiść niebezpiecznego zbiegowiska. Puścił do mnie oko, szepnął coś, czego nie mogłam dosłyszeć i po sekundzie zawahania poderwał się na równe nogi. Biegł co sił w nogach, zostawiając w tyle rozwścieczonych mężczyzn z karabinami, staruszków i trzy wredne baby. Trzymałam za niego kciuki i wstrzymałam oddech, by łatwiej mi było patrzeć na to wszystko.

Kiedy zgromadzony tłum zorientował się, skąd pochodził ten krzyk, pojedyncze osoby zaczęły pokazywać na mnie palcem i patrzeć zawistnym wzrokiem na moją małą postać. Nie czułam jednak strachu, skupiałam się tylko na jednym punkcie – biegnącym tacie, który był już coraz dalej od zebranego tłumu. Dopingowałam mu w myślach, dodawałam otuchy i modliłam się, by stało się coś, co uratuje naszą dwójkę. I wtedy najbardziej rozgadany starzec spojrzał dokładnie w tym kierunku, w którym ja patrzyłam. Krzyknął „stop!”, a wszystkie głowy zwróciły się ku niemu. Po chwili dodał:

- Wiecie, co robić. Cel ucieka!

Moim oczom ukazała się cała seria naboi lecących wprost na mojego ojca. Był już prawie koło kopuły. Czy myślał, że uda mu się przez nią przebić? Czy chciał ją rozbić swoim rozpędem albo pięściami? Nie wiem, co siedziało mu wtedy w głowie.

Jedno jest pewne. Nie zdążył.

 

Dziękuję wytrwałym za dobrnięcie do końca pierwszego rozdziału! :-)

Nawigacja po wpisie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *